Naukowcy z Lublina opracowali sprężyny nawet o 70 proc. lżejsze od stalowych. Seria pilotażowa trafia na testy do firm

Stalową sprężynę można zastąpić nawet o 70 proc. lżejszą konstrukcją kompozytową, której właściwości da się dostosować do konkretnego zastosowania. Taką technologię opracował zespół z Politechniki Lubelskiej. Sprężyny mogą znaleźć zastosowanie nie tylko w motoryzacji i elektromobilności, ale także m.in. w maszynach wibracyjnych. Rozwiązanie ma już za sobą pierwszą komercjalizację, a seria pilotażowa trafi teraz na testy w rzeczywistych warunkach.

– Nasze rozwiązanie wyłamuje się z tradycyjnych schematów geometrycznych. Dzięki zastosowaniu materiałów kompozytowych, czyli nie stali, jesteśmy w stanie modyfikować właściwości, istotnie redukując masę tego rozwiązania, nawet do 70 proc. w porównaniu do stalowych odpowiedników tych sprężyn. Zachowujemy właściwości oraz możliwość ich zmiany, od redukcji sztywności po jej wzrost, od redukcji maksymalnego odkształcenia po jego wzrost – mówi agencji Newseria dr hab. inż. Patryk Jakubczak, profesor Politechniki Lubelskiej.

Zespół z Politechniki Lubelskiej opracował sprężynę wykonaną w całości z kompozytów polimerowych wzmacnianych włóknami węglowymi, szklanymi lub aramidowymi. Nie jest to jednak odpowiednik klasycznej sprężyny śrubowej czy piórowej wykonany z innego materiału. Konstrukcja ma inny kształt i wykorzystuje właściwości kompozytu poprzez pracę w płaszczyźnie i kontrolowane wyboczenie.

Dzięki odpowiedniemu ułożeniu warstw i włókien kompozytu można już na etapie projektowania określić, jak sprężyna będzie pracować: jakiej siły będzie wymagać jej ugięcie i jak bardzo będzie mogła się odkształcić. Można też kształtować zależność między siłą a odkształceniem, m.in. uzyskując progresywną charakterystykę pracy. Pozwala to dostosować parametry sprężyny do konkretnego zastosowania. Kompozyt jest odporny na korozję, ma właściwości izolacyjne i jest obojętny na działanie pola magnetycznego.

Sprężyny kompozytowe mogą znaleźć zastosowanie przede wszystkim w przemyśle motoryzacyjnym, w rowerach, w sektorze e-mobility, gdzie redukcja masy ma duże znaczenie, ale także możliwość dostrojenia właściwości – wskazuje dr hab. inż. Patryk Jakubczak. – W toku prac okazało się, że sprężyny kompozytowe mogą znaleźć duże zastosowanie w przemyśle maszynowym, szczególnie w obszarze maszyn wibrujących, takich jak dozowniki, przenośniki czy stoły wibracyjne.

Potencjalnym obszarem zastosowania są również wózki inwalidzkie, w tym elektryczne, w których redukcja masy musi iść w parze z zachowaniem parametrów odpowiadających za komfort użytkowania. W maszynach wibracyjnych niska masa kompozytu oznacza z kolei mniejszą bezwładność sprężyny. Materiał ma też dobre właściwości tłumienia drgań.

Prace nad zastępowaniem stalowych sprężyn kompozytowymi są prowadzone od kilkudziesięciu lat. Już w 1982 roku SAE opisywało kompozytową sprężynę piórową Liteflex o masie 3,6 kg, która zastąpiła stalowy element ważący 18,6 kg. Przed wdrożeniem konstrukcja przeszła 58 mln cykli w laboratoryjnych testach zmęczeniowych oraz ponad 5 mln km testów w pojazdach.

Sprężyny kompozytowe są już dostępne na rynku, m.in. w Stanach Zjednoczonych i Niemczech. Jak wskazuje naukowiec, w dostępnych tam rozwiązaniach konkurencyjnych stosowany jest zamknięty katalog sprężyn o zdefiniowanych parametrach, do których trzeba dostosować maszynę. Zespół z Politechniki Lubelskiej chce odwrócić ten proces – projektować właściwości sprężyny pod wymagania konkretnego urządzenia.

Nasza innowacja w tym obszarze polega na możliwości kształtowania tych właściwości zgodnie z wymaganiami i oczekiwaniami konstruktorów maszyn, ponieważ każda maszyna jest zastosowana do konkretnej linii produkcyjnej, która ma swoje unikalne cechy, takie jak masa, wymagana częstotliwość, liczba podpór czy ograniczenia geometrii. My możemy kształtować te właściwości i dostarczać takie rozwiązanie, które będzie maksymalnie efektywne w danej aplikacji – podkreśla profesor Politechniki Lubelskiej.

Zespół zbudował już demonstratory i przetestował je w warunkach laboratoryjnych. Teraz prowadzi badania pod kątem konkretnych zastosowań. Nie w każdym urządzeniu stalową sprężynę można bezpośrednio zastąpić kompozytową. W niektórych przypadkach wymaga to dodatkowych obliczeń oraz zmian w sposobie jej montażu i mocowania.

Łatwiej jest w przypadku urządzeń projektowanych od podstaw. Wtedy konstruktorzy mogą od razu uwzględnić parametry i sposób działania kompozytowej sprężyny. Zespół ma już za sobą pierwszą komercjalizację technologii. Przygotowuje też serię sprężyn dla kolejnej firmy, która przetestuje je w rzeczywistych warunkach. Od wyników prób zależy, czy przed kolejnymi wdrożeniami potrzebne będą zmiany w konstrukcji.

Cała technologia jest w pewien sposób unikalna, ponieważ wywodzi się z technologii, które dawniej na Politechnice Lubelskiej w Katedrze Inżynierii Materiałowej rozwijaliśmy dla sektora lotniczego. Okazało się, że właściwości są tak unikalne, a jakość mikrostruktury tych kompozytów jest na tyle powtarzalna i kontrolowana w procesie, że z powodzeniem możemy stosować te rozwiązania na masową skalę również w innych gałęziach przemysłu – mówi naukowiec.

Innowacyjność projektu polega na przeniesieniu technologii stosowanej dotąd w branżach wymagających najwyższych standardów jakości i bezpieczeństwa – takich jak lotnictwo – do szerszego kontekstu przemysłowego i użytkowego. Zespół rozwija ścieżkę komercjalizacji technologii w ramach programu PRIME Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Projekt „Sprężyny kompozytowe do zastosowań w pojazdach mechanicznych” otrzymał 313,9 tys. zł dofinansowania z programu Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki. PRIME nie finansuje kolejnych badań laboratoryjnych, lecz pomaga naukowcom m.in. w badaniu rynku, rozmowach z potencjalnymi odbiorcami i przygotowaniu technologii do komercjalizacji.

Wyzwaniem jest przekonanie rynku do tego rozwiązania, ponieważ sprężyny stalowe są znane bardzo długo, są skuteczne, działają efektywnie, ale nie jest powiedziane, że to jest już jedyne rozwiązanie, które można zastosować i którego można spróbować. Potrzebujemy partnera biznesowego, któremu nie możemy nic zagwarantować, ale możemy wspólnie prowadzić badania B+R. Oczywiście wymaga to zaangażowania z naszej strony, ale także ze strony partnera biznesowego i trudno jest w toku bieżącej działalności gospodarczej pozwolić sobie na zużywanie roboczogodzin, materiałów, na eksperymentowanie – wskazuje prof. Patryk Jakubczak.


Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/naukowcy-z-lublina,p754200620

Polacy stworzyli okulary wyświetlające obraz za pomocą podczerwieni. To pierwszy taki prototyp na świecie

Polscy naukowcy stworzyli pierwszy na świecie prototyp okularów rozszerzonej rzeczywistości wykorzystujących widzenie dwufotonowe. Technologia pozwala wyświetlać za pomocą impulsów podczerwieni treści, które mają zachować ostrość przy przenoszeniu wzroku między różnymi planami. Ma również ograniczyć przyciemnienie i zniekształcenie obrazu otoczenia. Trwają prace nad mobilną wersją urządzenia przeznaczoną m.in. dla medycyny, lotnictwa i wojska.

Widzenie dwufotonowe, najprościej mówiąc, polega na tym, że człowiek widzi podczerwień, przy czym długość fali 950 nanometrów wydaje się nam niebieska, 1000 nanometrów zielona, a 1100 nanometrów żółta, czyli kolory odpowiadają z grubsza takim kolorom, jakie ma dla nas światło widzialne, które ma połowę długości fali – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. inż. Katarzyna Komar, prof. UMK, badaczka Międzynarodowego Centrum Badań Oka ICTER działającego w Instytucie Chemii Fizycznej PAN.

Zjawisko widzenia dwufotonowego zostało opisane w 2014 roku przez międzynarodowy zespół naukowców, w którym uczestniczyła Katarzyna Komar. Badacze wykazali, że człowiek może zobaczyć krótkie impulsy bliskiej podczerwieni, choć ten zakres promieniowania jest zwykle niewidoczny dla oka. Dzieje się tak, gdy pigment wzrokowy niemal jednocześnie pochłonie dwa fotony podczerwieni. Ich łączna energia wystarcza do pobudzenia fotoreceptorów, a mózg odbiera powstały bodziec jako światło widzialne.

W okularach rozszerzonej rzeczywistości cyfrowy obraz musi być nałożony na widok otoczenia. Stosowane obecnie układy optyczne mogą jednak powodować straty światła, przyciemnienie lub zniekształcenie obrazu świata zewnętrznego. Trudnością jest również utrzymanie ostrości dodatkowych treści, gdy użytkownik przenosi wzrok między obiektami znajdującymi się w różnych odległościach. Widzenie dwufotonowe może ograniczyć te problemy, ponieważ wykorzystuje inny zakres promieniowania niż światło docierające z otoczenia. Dzięki temu oba tory optyczne można połączyć za pomocą zwierciadła dichroicznego, które przepuszcza światło widzialne, a odbija podczerwień. W prototypie przepuszcza ono 96 proc. światła widzialnego i odbija 98 proc. bodźca podczerwonego.

Widzenie dwufotonowe jest procesem nieliniowym optycznie, co oznacza, że jasność bodźca kwadratowo zależy od mocy wiązki pobudzającej, w związku z czym o wiele łatwiej będzie osiągnąć sytuację, że widzimy bodziec ostro i wyraźnie zarówno w warunkach jasnego dnia, jak i w ciemniejszym oświetleniu. Dodatkowo bodziec dwufotonowy, z tego powodu, że wywołuje go proces nieliniowy, jest zawsze ostry – mówi prof. UMK.

Większą tolerancję obrazu dwufotonowego na rozogniskowanie potwierdzają wyniki badania zespołu prof. Katarzyny Komar, opublikowanego w sierpniu 2026 roku w czasopiśmie „Optics Letters”. Naukowcy wyświetlali uczestnikom zieloną literę za pomocą światła widzialnego oraz impulsów podczerwieni, a następnie stopniowo zwiększali rozogniskowanie obrazu. U osób z większą zdolnością akomodacji średnia tolerancja wyniosła 6,6 dioptrii dla widzenia dwufotonowego i 4,3 dioptrii dla tradycyjnego obrazu. Podobną przewagę odnotowano również u osób z prezbiopią.

Ma to znaczenie w urządzeniach AR, ponieważ odległość, w której użytkownik widzi wirtualny obiekt, nie zawsze odpowiada płaszczyźnie, na której oko musi ustawić ostrość. Taka rozbieżność – konflikt akomodacji i konwergencji – może powodować dyskomfort podczas dłuższego korzystania z okularów. Autorzy badania wskazują, że większa tolerancja na rozogniskowanie może poprawić jakość obrazu w przyszłych wyświetlaczach AR. To, czy przełoży się również na mniejsze zmęczenie wzroku podczas długiego korzystania z urządzenia, wymaga dalszych badań.

Idea stworzenia okularów opartych na widzeniu dwufotonowym zakłada, że na głowie użytkownika umieścimy układ optyczny, który normalnie zajmuje sporą część stołu optycznego. Ludzie mają różną anatomię i musimy tak dostosować sposób zakładania tego układu optycznego, żeby pasowało do osób o różnej anatomii. Pomógł nam pomysł, żeby użyć optometrycznej ramy, na której umocowaliśmy elementy, które służą do wyświetlania bodźców dwufotonowych. Dodatkowo musimy szukać jak najmniejszych i jak najlżejszych wersji urządzeń, żeby wyświetlać dwufotonowe bodźce – mówi prof. Katarzyna Komar.

W ciągu roku naukowcy zbudowali prototyp łączący skaner MEMS, regulowane elementy optyczne, światłowodowy tor laserowy i oprogramowanie, które synchronizuje pracę całego układu w czasie rzeczywistym. Elementy umieszczono na lekkiej oprawie optometrycznej, która utrzymuje je w odpowiedniej odległości i pozycji względem oka. Urządzenie wykorzystuje femtosekundowy laser światłowodowy domieszkowany erbem, opracowany przez dr inż. Dorotę Stachowiak i jej współpracowników z Politechniki Wrocławskiej. Laser można przestrajać w zakresie od 872 do 1075 nm, co odpowiada potrzebom badań nad widzeniem dwufotonowym.

– Przy wsparciu projektu Proof of Concept powstał prototyp, który jest w pełni możliwy do użycia i który już założyliśmy kilkudziesięciu osobom i pokazaliśmy im widzenie dwufotonowe jako element rozszerzonej rzeczywistości. Natomiast wymaga on nadal udoskonaleń, obecnie założenie go trwa kilka minut i wymaga pomocy operatora. Prototyp jest przypięty do lasera, który zajmuje trochę miejsca w laboratorium optycznym – wskazuje ekspertka.

Prototyp powstał w ramach projektu „Wyświetlacz siatkówkowy oparty na widzeniu dwufotonowym dla potrzeb rozszerzonej rzeczywistości”, który otrzymał dofinansowanie w programie Proof of Concept Fundacji na rzecz Nauki Polskiej ze środków Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki 2021–2027. Kolejnym etapem prac będzie zmniejszenie źródła laserowego i zastąpienie pozostałych elementów układu rozwiązaniami światłowodowymi, aby z okularów można było korzystać poza laboratorium.

Chcielibyśmy użyć mniejszego lasera i zastąpić wszystkie elementy elementami światłowodowymi, żeby całość można było założyć na siebie i żeby można było wyjść w tych okularach poza laboratorium. Chcemy to zrealizować już w ramach spółki spin-off, która teraz powstaje w Instytucie Chemii Fizycznej PAN. Mamy nadzieję, że jak stworzymy mobilną wersję prototypu, to będziemy mogli zainteresować nim użytkowników końcowych – zapowiada badaczka.

W pierwszej kolejności naukowcy chcą rozwijać technologię z myślą o zastosowaniach specjalistycznych. Okulary mogłyby wyświetlać dodatkowe informacje pilotom i żołnierzom, wspierać realizację programów kosmicznych, a w medycynie dostarczać dane chirurgom bezpośrednio podczas operacji. Samo zjawisko widzenia dwufotonowego jest również badane pod kątem diagnostyki okulistycznej, m.in. w mikroperymetrii służącej do oceny czułości siatkówki.

Na razie przede wszystkim celujemy w zastosowania ściśle specjalistyczne, jak na przykład lotnictwo, wojskowość, być może programy kosmiczne, ale również chirurgia i wyposażenie sal operacyjnych. Aby takie okulary mogły być szerzej dostępne dla zwykłych użytkowników, musimy jednak poczekać, aż te krótkoimpulsowe lasery się jeszcze bardziej zminiaturyzują – tłumaczy dr hab. inż. Katarzyna Komar.

Miniaturyzację może przyspieszyć rozwój femtosekundowych laserów na chipach. Zdaniem ekspertki w ciągu kilku lat takie źródła światła mogą trafić do produkcji, co otworzyłoby drogę do powstania okularów przeznaczonych także dla zwykłych użytkowników.

 


Projekt jest realizowany z działania Proof of Concept prowadzonego przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i finansowanego ze środków pochodzących z Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki. 

 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-stworzyli-okulary,p1176297479

Tylko 3 proc. postępowań antymonopolowych kończy się w terminie. Regulatorzy potrzebują mniej formalizmu i więcej dialogu z rynkiem

Zaledwie 3 proc. postępowań antymonopolowych przed UOKiK kończy się w ustawowym terminie, a średni czas ich trwania wynosi od 12 do 19 miesięcy. Autorzy raportu Centrum Strategii Rozwojowych oceniają, że polskie organy nadzoru prawidłowo wypełniają swoją rolę, ale sposób egzekwowania przepisów wymaga zmian. Problemem są przede wszystkim przewlekłość i nadmierny formalizm postępowań oraz zbyt mało dialogu z przedsiębiorcami. Eksperci postulują też, by regulatorzy oceniali wpływ swoich decyzji na rynek – zwłaszcza że ich skutki mogą być liczone w setkach milionów złotych.

Polskie urzędy nadzoru pełnią bardzo ważną systemową funkcję, ale ich praca wymaga pewnych korekt. Potrzebne jest mniej formalizmu. Raport Centrum Strategii Rozwojowych wskazuje na zasadę pisemności jako zbyt rozbudowaną i generalnie popieram ten kierunek. Jednocześnie polskie urzędy nadzoru i regulacje nie powinny być nadmiernie wycofywane z rynku. Zapewniają konsumentom silną pozycję względem biznesu, odporność państwa i strategiczne bezpieczeństwo – mówi agencji Newseria Piotr Głowacki, doradca prezydenta RP ds. gospodarczych.

Raport Centrum Strategii Rozwojowych obejmuje działalność czterech regulatorów: UOKiK, URE, UKE i UTK. Autorzy zwracają uwagę m.in. na nadmierny formalizm postępowań, który za istotną barierę w prowadzeniu działalności uważa 78,1 proc. przedsiębiorców. Najdłuższe z analizowanych postępowań antymonopolowych przed UOKiK trwało 69 miesięcy, a 43 proc. decyzji urzędu jest zaskarżanych do Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Zdaniem autorów problemem nie jest sama obecność regulatorów ani zakres ich uprawnień, lecz sposób ich działania. Zmian wymaga m.in. podejście do dialogu z przedsiębiorcami przed wszczęciem formalnego postępowania.

Potrzebne są zmiany usprawniające polski system regulacyjny. Dotyczy to m.in. nadmiernego formalizmu, który często towarzyszy urzędnikom, i nadmiernie rozbudowanej zasady pisemności. Wiele powinno się też zmienić w kwestii precyzyjnego określenia ram kompetencyjnych poszczególnych urzędów i instytucji regulacyjnych – wskazuje Piotr Głowacki.

Według raportu centrum w Polsce nie ma systemowego mechanizmu rozstrzygania kwestii nakładających się kompetencji regulatorów, zanim dojdzie między nimi do sporu. W efekcie ta sama praktyka rynkowa może być oceniana przez dwa organy według różnych standardów. W Wielkiej Brytanii w latach 2023–2024 żadna sprawa prowadzona w ramach systemu współdzielenia kompetencji nie zakończyła się sporem kompetencyjnym. Z kolei w Niemczech urząd antymonopolowy i regulator sieciowy mają wspólny dokument określający podział ich kompetencji.

Jako gospodarka nadal goniąca znacznie bogatsze kraje musimy zadbać o to, żeby regulacje dobrze działały. Dlatego postulujemy między innymi, aby umożliwić regulatorom większy dialog z rynkiem, żeby nie skupiali się wyłącznie na karaniu i sankcjonowaniu tego, co jest źle, ale pomagali też przedsiębiorcom szukać dobrych ścieżek. Dzisiaj nie mają też możliwości oceny wpływu swoich decyzji na rynek, zarówno zanim je podejmą, jak i już po ich podjęciu, a często mówimy o decyzjach, których waga sięga setek milionów złotych – podkreśla Radosław Żydok, ekspert Centrum Strategii Rozwojowych.

Żaden z czterech analizowanych przez centrum organów nie ma mechanizmu systematycznej oceny skutków swoich decyzji już po ich wdrożeniu, a przepisy nie nakładają na nie takiego obowiązku. Ocena skutków regulacji obejmuje ustawy i rozporządzenia, ale nie decyzje administracyjne. Tymczasem taryfy zatwierdzane przez URE dotyczą kilkunastu milionów odbiorców, a kary nakładane przez UOKiK mogą sięgać setek milionów złotych. Z danych OECD przywołanych w raporcie wynika, że formalną ewaluację ex post prowadzi tylko 23 proc. ze 149 badanych regulatorów w 42 krajach.

Bardzo ważne jest, żeby uczciwie oceniać te organy i nie wymagać od nich więcej, niż są w stanie robić. Jeżeli dokładamy nowych obowiązków, a tak się działo chociażby w przypadku Urzędu Regulacji Energetyki, powinny za tym iść też odpowiednie zasoby. To ma bardzo ważne znaczenie dla odbiorców regulacji, czyli nas, konsumentów, dlatego że te urzędy mają nas chronić, a efektywność tej ochrony wynika z szybkości działania. Niestety decyzje są podejmowane dużo później, niż byśmy oczekiwali. Termin ustawowy, na przykład dla UOKiK, to pięć miesięcy, tymczasem średnia wynosi od 12 do 19 miesięcy, a w skrajnych przypadkach mówimy nawet o sześciu–siedmiu latach mówi Radosław Żydok.

Na niedobór zasobów wskazuje również Urząd Regulacji Energetyki. W sprawozdaniu za 2025 rok urząd wymienia niedofinansowanie, niewystarczające zasoby kadrowe i dużą rotację pracowników. Na koniec ubiegłego roku zatrudniał 433 osoby, a średnia fluktuacja kadr w latach 2023–2025 wynosiła 10 proc. Jednocześnie zakres jego obowiązków się rozszerza. Od 2025 roku URE odpowiada również za regulację rynku wodoru – to już piąty rynek w jego kompetencjach.

Na długich postępowaniach tracą również konsumenci. Jeśli decyzja zapada dopiero po 12–69 miesiącach od wystąpienia naruszenia, może ono trwać i wyrządzać szkody przez cały czas postępowania. Przy praktykach obejmujących miliony konsumentów skumulowana szkoda może wielokrotnie przewyższać wysokość ewentualnej kary – wskazuje Centrum Strategii Rozwojowych.

Konsumenci oczekiwaliby w stosunku do organów nadzoru szybszego rozpatrywania spraw, które często ciągną się latami, zwłaszcza jeżeli dotyczy to kwestii związanych z sądami branżowymi. Po drugie, lepszej przejrzystości przepisów, ich większej egzekwowalności i wreszcie dostępności do programów, które pozwalają na weryfikację przedsiębiorców, którzy świadczą usługi w internecie bądź wysyłkowo – przekonuje dr Tomasz Sińczak, prezes Fundacji Forum Konsumentów.

W 2025 roku prezes UOKiK wydał 900 decyzji – 369 dotyczących ochrony konkurencji i 530 w obszarze ochrony konsumentów. Łączna wartość nałożonych kar wyniosła 1,15 mld zł, w tym 545 mln zł za praktyki naruszające zbiorowe interesy konsumentów i stosowanie niedozwolonych postanowień umownych. Według urzędu jego działania przyniosły konsumentom co najmniej 160 mln zł przysporzeń.

Nastawienie na rozwiązania sankcyjne jest nadmierne. Należy przestawić ten sposób myślenia i bardziej pójść w stronę rozwiązań ex ante, czyli takich, które komunikują rynkowi, jakie powinny być reguły czy zasady postępowania. Niekoniecznie ta komunikacja musi iść w formie nowych ustaw czy rozporządzeń. Bardzo często mniej sformalizowane wytyczne powinny być wykorzystywane przez urzędy regulacyjne do tego, żeby komunikować się z rynkiem i przekazywać, jak wyobrażają sobie jego funkcjonowanie, a nie skupiać się wyłącznie na karaniu – podkreśla Michał Czarnik, ekspert ds. regulacji Instytutu Sobieskiego.

Za przykład skutecznej regulacji ex ante autorzy raportu podają rynek telekomunikacyjny. Udział Orange Polska, dawniej dominującego operatora, w detalicznym rynku stacjonarnego internetu zmniejszył się z 60 proc. w 2006 roku do poniżej 23 proc. w 2024 roku. Jednocześnie zasięg sieci światłowodowej FTTH w Polsce sięgnął 75,4 proc. gospodarstw domowych, wobec średniej unijnej na poziomie 64 proc., a dostęp do sieci bardzo wysokiej przepustowości VHCN ma 81,1 proc. gospodarstw. Centrum wiąże te wyniki m.in. z regulacją ex ante prowadzoną przez UKE.

W 2025 roku prezes UKE rozpoczął konsultacje dotyczące deregulacji Orange Polska na dwóch rynkach usług hurtowych – LLU i BSA – i przejścia od regulacji ex ante w stronę nadzoru ex post. Według Centrum Strategii Rozwojowych osiągnięcie przez rynek dojrzałości pozwala w tym przypadku na odejście od regulacji ex ante i przejście do reagowania na nieprawidłowości.

Nie można powiedzieć, że co do zasady polskie urzędy nadzoru hamują konkurencyjność. Oczywiście mamy konkretne sytuacje, w których można mieć wątpliwości, czy ich działania są dobre dla konkurencyjności. Jako przykład można wymienić działania Urzędu Transportu Kolejowego, które doprowadziły w dużej części do tego, że prywatny przewoźnik wycofał się w tym roku ze świadczenia swoich usług – takie zarzuty się pojawiły. Natomiast co do zasady tezy o działaniu polskich urzędów regulacyjnych niezgodnie z zasadą konkurencyjności bym nie postawił – ocenia Michał Czarnik.

Raport opisuje m.in. wejście na polski rynek czeskiego przewoźnika RegioJet. Na decyzję UTK czekał on ok. 19 miesięcy i ostatecznie otrzymał zgodę na uruchomienie czterech z 15 wnioskowanych par pociągów. Według centrum zastosowany w tej sprawie test równowagi ekonomicznej chronił dominującego uczestnika rynku.

 – Polskim urzędom nadzoru potrzebna jest zarówno deregulacja, jak i pewne modyfikacje w sposobie ich funkcjonowania. Prezydent Karol Nawrocki bardzo często podkreśla, że deregulacja jest procesem koniecznym i popiera ten kierunek. Z drugiej strony potrzebne są zmiany usprawniające polski system regulacyjny – wskazuje Piotr Głowacki.

Autorzy raportu proponują m.in. wprowadzenie dialogu prewencyjnego z przedsiębiorcami, lepszą koordynację między regulatorami oraz obowiązkową ocenę skutków najważniejszych decyzji już po ich wdrożeniu. Taka ewaluacja miałaby obejmować decyzje, których wpływ na rynek przekracza 100 mln zł rocznie lub które dotyczą ponad 500 tys. adresatów. Centrum postuluje również wzmocnienie Sądu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, m.in. poprzez zwiększenie jego zasobów kadrowych.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/tylko-3-proc-postepowa,p1618308766

Europa nie może być zakładnikiem całkowitej globalizacji. Konieczna odbudowa konkurencyjności

Europa powinna wyciągnąć wnioski z pandemii, kryzysu energetycznego i globalnej rywalizacji technologicznej. Zdaniem Zygmunta Berdychowskiego, przewodniczącego Rady Programowej Forum Ekonomicznego, kluczowe są dziś zmniejszenie zależności od zewnętrznych dostawców, odbudowa zdolności produkcyjnych oraz deregulacja, która pozwoli firmom konkurować z przedsiębiorstwami z USA, Chin czy Indii. Wyzwania związane z odpornością gospodarczą będą jednym z najważniejszych tematów tegorocznego Forum Ekonomicznego w Karpaczu.

– Na pewno rok 2020 nauczył nas jednego: hurraoptymistyczna globalizacja dobiega końca – mówi agencji informacyjnej Newseria Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Niezależnie od tego, czy rozmawiamy o łańcuchach dostaw, które dotychczas zaczynały się w Azji, a kończyły w Europie, czy zaczynały w Europie, a kończyły w Ameryce Południowej, pandemia pokazała, że interes państwa, bezpieczeństwo państwa i bezpieczeństwo takiej organizacji jak Unia Europejska zmuszają nas do przemyślenia pewnych decyzji. Nie możemy być zakładnikami całkowitej globalizacji.

Pandemia COVID-19 uwidoczniła skalę uzależnienia gospodarek od rozbudowanych globalnych łańcuchów dostaw. Problemy z dostępnością środków ochrony osobistej, sprzętu medycznego czy półproduktów potrzebnych w przemyśle stały się impulsem do dyskusji o skracaniu łańcuchów dostaw poprzez przenoszenie części produkcji bliżej rynków zbytu. W kolejnych latach kwestie bezpieczeństwa gospodarczego dodatkowo zyskały na znaczeniu w związku z kryzysem energetycznym oraz nasilającą się konkurencją o surowce i technologie.

Gospodarka musi być przygotowana na sytuacje takie jak ta z lutego, marca i późniejszych miesięcy 2020 roku. Musimy mieć zdolności do produkowania maseczek i respiratorów, ale również wielu innych bardzo ważnych elementów, które składają się na bezpieczeństwo państwa. Już nie chodzi tylko o leki, chodzi o bezpieczeństwo w formule twardej: albo masz metale krytyczne, albo ich nie masz – podkreśla przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego. – Albo będziesz w stanie przygotować konkurencyjną ofertę dla inwestorów, bo masz dostęp do krytycznych surowców, albo nie będziesz w stanie tego zrobić.

Dostęp do surowców krytycznych staje się jednym z kluczowych elementów konkurencji gospodarczej. Są one niezbędne m.in. do produkcji półprzewodników, baterii, urządzeń elektronicznych, instalacji wykorzystujących odnawialne źródła energii czy nowoczesnego uzbrojenia. Europa jest przy tym w znacznym stopniu zależna od ich importu, co zwiększa znaczenie dywersyfikacji źródeł dostaw i rozwoju własnych możliwości przetwórczych.

Zdaniem Zygmunta Berdychowskiego podobną lekcję Europa powinna wyciągnąć z wcześniejszej polityki energetycznej i wieloletniego uzależniania części gospodarki od dostaw z Rosji.

Globalizacja, którą do 2020 roku realizowali nasi partnerzy, zawierała pewne niebezpieczne elementy. Nadmierne uzależnienie od dostaw niektórych surowców, na przykład energetycznych, doprowadziło do sytuacji, w której cała europejska gospodarka znalazła się w obliczu ogromnego zagrożenia, kiedy się okazało, że interes polityczny Rosji jest ważniejszy niż współpraca gospodarcza realizowana przez wiele lat – ocenia Zygmunt Berdychowski. – Bardzo istotny wniosek jest taki, że nie możemy się uzależniać, niezależnie od tego, kogo miałoby to dotyczyć.

Drugim obszarem, który jego zdaniem będzie decydował o pozycji Europy w globalnej gospodarce, jest konkurencyjność. Unijne firmy rywalizują dziś nie tylko na tradycyjnych rynkach przemysłowych, ale także w sektorach o strategicznym znaczeniu: sztucznej inteligencji, technologiach kosmicznych, przemyśle obronnym czy elektromobilności. W wielu z nich tempo inwestycji i rozwoju technologicznego w Stanach Zjednoczonych oraz Azji jest znacznie szybsze.

Albo Unia i podmioty funkcjonujące na jej terenie będą w stanie przygotować konkurencyjną ofertę – i nie chodzi tylko o przemysł samochodowy, lecz także o sztuczną inteligencję, przemysł kosmiczny i zbrojeniowy – albo będziemy coraz bardziej peryferiami rozwijającego się świata – wskazuje ekspert. – Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której europejski program kosmiczny oparty na rakiecie Ariane będzie w stanie zapewnić równie konkurencyjne warunki wynoszenia satelitów na orbitę jak systemy, w których rakiety mogą być wykorzystywane wielokrotnie.

Sektor kosmiczny jest przykładem rynku, na którym modele działania szybko się zmieniają pod wpływem prywatnych inwestycji. Rozwój rakiet wielokrotnego użytku istotnie obniżył koszty wynoszenia ładunków na orbitę i zwiększył częstotliwość startów. Według Zygmunta Berdychowskiego podobnej efektywności Europa potrzebuje również w innych strategicznych sektorach gospodarki.

Albo deregulacja i powrót sektora prywatnego do najważniejszych obszarów, gdzie najbardziej potrzeba efektywności, albo peryferie, coraz trudniejsza sytuacja, coraz mniej miejsc pracy i coraz mniejsza konkurencyjność. Nie mam absolutnie żadnych wątpliwości, że są to fundamentalne wnioski wynikające ze zjawisk, które obserwujemy w ostatnich latach – mówi przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego.

Szczególnym wyzwaniem pozostaje sztuczna inteligencja. Rozwój zaawansowanych modeli zależy zarówno od dostępności infrastruktury obliczeniowej i energii, jak również od kapitału, danych i odpowiednich regulacji. W europejskiej debacie coraz częściej pojawia się pytanie o to, jak pogodzić ochronę prywatności i bezpieczeństwo z możliwością tworzenia konkurencyjnych technologii.

Sztuczna inteligencja to kwestia ostatnich kilku lat. Nie ma mowy o tym, żebyśmy dalej rozwijali się w tym zakresie, jeżeli nie zmienimy części ustawodawstwa dotyczącego ochrony danych osobowych – przekonuje Zygmunt Berdychowski. – Nie będzie po prostu odpowiednich zasobów, na których można trenować modele językowe, i wtedy ten postęp będzie udziałem Amerykanów, Chińczyków, być może również Hindusów, ale nie Europejczyków. Musimy więc także w tym obszarze dokonać deregulacji.

Konkurencyjność gospodarki ma bezpośrednie przełożenie na poziom inwestycji, zatrudnienie i dochody gospodarstw domowych. Wysokie koszty energii, regulacje zwiększające koszty prowadzenia działalności oraz wolniejsze tempo inwestycji technologicznych mogą w dłuższym okresie ograniczać zdolność europejskich przedsiębiorstw do konkurowania na światowych rynkach.

Jak podkreśla Zygmunt Berdychowski, konsekwencją utraty konkurencyjności mogą być nie tylko słabsze wyniki gospodarcze, lecz także stopniowe pogarszanie się sytuacji na rynku pracy.

Firmy nie będą inwestowały, jeżeli energia będzie tak droga – mówi ekspert. – Nie będzie inwestycji, nie będzie miejsc pracy, a jeśli nie będzie miejsc pracy, pojawi się migracja. To jest sytuacja, która nie ma alternatywnej ścieżki. Albo przeprowadzimy konieczne zmiany i osiągniemy cele, tak jak osiągali je ci, którzy byli przed nami – Amerykanie, Chińczycy czy Hindusi – albo tego nie zrobimy i będziemy oglądać plecy peletonu, który cały czas będzie się poruszał przed nami.

Reformy gospodarcze i społeczne wymagają jednak – jak zaznacza przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego – nie tylko decyzji politycznych, lecz także społecznej akceptacji. W wielu państwach europejskich próby zmian dotyczących m.in. systemów emerytalnych wywoływały silne protesty, co pokazuje znaczenie dialogu z partnerami społecznymi.

Odporność społeczną można zwiększać tylko i wyłącznie poprzez dialog. Próba przebudowy państwa bez konsensusu i bez rozmowy z partnerami społecznymi zawsze będzie się kończyć porażką – podkreśla Zygmunt Berdychowski. – Reformy fundamentalne muszą być wprowadzone, ale bez partnerów społecznych tego nie zrobimy. Tylko wtedy, kiedy będzie dialog i konsensus, jesteśmy w stanie przeprowadzić nawet najtrudniejsze reformy.

O odporności gospodarki, bezpieczeństwie, sztucznej inteligencji, nowych technologiach i konkurencyjności Europy mają w tym roku szeroko dyskutować uczestnicy Forum Ekonomicznego w Karpaczu. Jak podkreśla Zygmunt Berdychowski, program wydarzenia obejmuje kilkaset zagadnień związanych z najważniejszymi wyzwaniami gospodarczymi i społecznymi.

W tegorocznej agendzie Forum Ekonomicznego w Karpaczu mamy kilkaset tematów związanych z gospodarką, jej odpornością, bezpieczeństwem, sztuczną inteligencją i nowoczesnymi technologiami. To ogrom pracy, którą wykonaliśmy przez wiele ostatnich miesięcy, i jestem przekonany, że w bardzo wielu przypadkach będą to niezwykle interesujące dyskusje. Dlatego uważam, że każdy, kto przyjmie nasze zaproszenie do Karpacza, spędzi tam trzy bardzo interesujące dni – podsumowuje przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego.

XXXV Forum Ekonomiczne w Karpaczu odbędzie się 8–10 września 2026 roku. Tegoroczna edycja, organizowana pod hasłem „Architektura nowego porządku – stabilność w czasach zmian”, ma zgromadzić ponad 6 tys. uczestników z ponad 60 krajów – przedstawicieli polityki, biznesu, nauki, samorządów, kultury i mediów. Forum rozpocznie się 8 września o godz. 12.00 prezentacją Raportu SGH i Forum Ekonomicznego. Program wydarzenia obejmie osiem głównych obszarów tematycznych, wśród nich gospodarkę, politykę międzynarodową i bezpieczeństwo, cyfryzację, ochronę zdrowia, sprawy społeczne i zrównoważony rozwój.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/europa-nie-moze-byc,p1727004500

Prawie 90 proc. firm odczuwa wpływ sztucznej inteligencji. Branża wciąż uczy się nowych narzędzi

Prawie 90 proc. firm z branży marketingowej ocenia wpływ sztucznej inteligencji na codzienną pracę jako duży. Trzy czwarte badanych zauważa skrócenie czasu wykonywania zadań dzięki AI, choć najczęściej oszczędność wynosi od 10 do 25 proc. Zdaniem Marcina Gaworskiego, prezesa Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR i członka Rady Sektorowej, w najbliższych latach jeszcze większego znaczenia nabiorą doświadczenie, krytyczne myślenie i umiejętność oceny efektów pracy algorytmów.

Według badania przeprowadzonego na zlecenie Rady Sektorowej prawie 90 proc. firm deklaruje, że AI ma duży wpływ na naszą codzienną pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Gaworski, członek Rady Sektorowej i prezes Stowarzyszenia Komunikacji Marketingowej SAR. – Jesteśmy jednak jeszcze w fazie, w której nie możemy mówić o dojrzałym wykorzystaniu tej technologii, także dlatego, że modele AI zmieniają się bardzo szybko. Tempo wdrażania nowych rozwiązań liczymy już nie w miesiącach, lecz w tygodniach, więc branży marketingowej bardzo trudno za tym nadążyć.

Jak podkreśla, sztuczna inteligencja jest obecnie jednym z kluczowych czynników zmieniających sposób działania branży. Stowarzyszenie Komunikacji Marketingowej SAR już w 2024 roku powołało Grupę Roboczą AI, której zadaniem jest m.in. wspieranie agencji w wykorzystywaniu nowych narzędzi. Z innych badań, na które powołuje się SAR, wynika również, że ponad 60 proc. firm pracuje nad zmianą modeli wyceny swojej pracy w związku z upowszechnianiem się sztucznej inteligencji.

Pierwsze efekty wdrożeń są oceniane pozytywnie. Około trzech czwartych badanych deklaruje, że wykorzystanie AI pozwoliło skrócić czas realizacji zadań. Najczęściej mowa jednak o oszczędnościach rzędu 10–25 proc.

Istotne jest to, że skrócił się przede wszystkim czas wykonywania pojedynczych zadań. Długie procesy, takie jak współpraca z klientem, procesy kreatywne czy strategiczne, nadal trwają podobnie i wymagają porównywalnego nakładu uwagi, czasu oraz kompetencji – wskazuje prezes SAR.

Kolejnym etapem technologicznej transformacji jest rozwijanie autorskich narzędzi. Ogólnodostępne modele są bowiem takie same dla wszystkich uczestników rynku, dlatego sama możliwość korzystania z generatywnej sztucznej inteligencji przestaje być źródłem przewagi konkurencyjnej.

Wdrożenia w agencjach nie opierają się już wyłącznie na gotowych modelach. Firmy zaczęły budować własne rozwiązania. Cały rynek ma dostęp do podobnych narzędzi, dlatego o przewadze konkurencyjnej będzie decydowało to, jak będziemy z nich korzystać i jakie autorskie rozwiązania będziemy potrafili stworzyć – mówi Marcin Gaworski.

Równocześnie branża porządkuje zasady korzystania ze sztucznej inteligencji. Z badania Rady Sektorowej wynika, że 70 proc. firm wprowadziło lub jest w trakcie wprowadzania polityki korzystania z narzędzi AI. Wśród członków SAR – według danych stowarzyszenia – takie regulacje wdrożyło już 98 proc. firm.

Od 2 sierpnia 2026 roku zastosowanie mają również przewidziane w AI Act unijne wymogi przejrzystości dotyczące określonych systemów AI oraz treści generowanych lub modyfikowanych przy ich użyciu. Branża musi więc uwzględniać nie tylko efektywność nowych narzędzi, ale także kwestie transparentności, poufności danych i bezpieczeństwa.

AI w branży musi być sformalizowane. AI Act tworzy ramy prawne, ale jest też potrzeba samoregulacji. Dlatego jako SAR udostępniliśmy rekomendowaną politykę korzystania z narzędzi AI. Pojawiają się również rozwiązania takie jak polski model Bielik, który można uruchamiać lokalnie w organizacji, co daje dodatkowe możliwości w kontekście ochrony poufnych danych – mówi ekspert.

Zdaniem Marcina Gaworskiego kolejne dwa–trzy lata będą okresem intensywnych zmian. Ponad 90 proc. firm objętych badaniem Rady Sektorowej uważa dostosowanie się do nowych warunków za kluczowe. Branża już przygotowuje się do tej transformacji finansowo. Z danych, do których dostęp ma SAR, wynika, że w 2025 roku agencje inwestowały średnio ok. 100 tys. zł w rozwiązania i narzędzia związane z AI, a w przypadku największych firm nakłady sięgały około pół miliona złotych.

Technologia będzie też wpływać na sposób organizacji pracy. Zespoły mogą się stać mniejsze, ale jednocześnie bardziej interdyscyplinarne. Nie oznacza to jednak, że znaczenie doświadczenia specjalistów będzie maleć. Wręcz przeciwnie – jednym z kluczowych zasobów ma być umiejętność krytycznej oceny rezultatów generowanych przez AI.

Niezależnie od tego, czy chodzi o research rynkowy, napisanie treści, stworzenie obrazu, czy krótkiego filmu, doświadczeni specjaliści muszą być w stanie ocenić, czy rezultat jest zgodny z marką, realizuje cele strategiczne, odpowiada na brief i jest zgodny z prawem. W komunikacji bardzo ważne jest również to, czy treść porusza odpowiednią strunę emocjonalną u odbiorcy. Tego rodzaju krytyczne myślenie staje się coraz ważniejsze – podkreśla prezes SAR.

Zmieniają się także oczekiwania pracodawców. Coraz większego znaczenia nabiera możliwość udokumentowania konkretnych kompetencji i doświadczenia – zarówno w przypadku osób dopiero wchodzących na rynek pracy, jak i bardziej doświadczonych specjalistów. Firmy zwracają uwagę na portfolio, ukończone kursy i certyfikaty.

Rośnie znaczenie lifelong learning, czyli uczenia się przez całe życie. System edukacji nie zawsze nadąża za tempem zmian technologicznych, dlatego coraz istotniejsze stają się mikropotwierdzenia kompetencji – krótkie kursy i certyfikaty, które pokazują pracodawcy, że dana osoba zdobyła konkretną umiejętność. To jest bardzo dobrze przyjmowane przez firmy – mówi Marcin Gaworski.

W efekcie sztuczna inteligencja nie tyle eliminuje potrzebę posiadania specjalistycznej wiedzy, ile zmienia sposób jej wykorzystywania. Wraz z automatyzacją prostszych czynności rośnie znaczenie kompetencji pozwalających oceniać jakość, poprawność i biznesową przydatność rezultatów generowanych przez maszyny.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/prawie-90-proc-firm,p1040597210

Polska rozwija własne modele AI do wyszukiwania informacji. Mają wspierać rozwój systemów agentowych

Nowe polskie modele AI mogą zwiększyć niezależność technologiczną krajowych podmiotów w obszarze wyszukiwania informacji. Rodzina modeli PolDense, opracowana przez AI Lab w Ośrodku Przetwarzania Informacji, jest przeznaczona do pracy z językiem polskim. Według twórców niektóre z tych modeli osiągają w tej pracy lepsze wyniki niż większe modele wielojęzyczne i mogą działać przy znacznie mniejszych wymaganiach sprzętowych.

Rodzina PolDense, przeznaczona dla języka polskiego, obejmuje sześć modeli opartych na architekturze ModernBERT i technologii ettin-encoders. Mają one od 17 mln do 1 mld parametrów. Zostały opracowane z myślą o systemach pracujących z dużymi wolumenami danych nieustrukturyzowanych, w szczególności w wyszukiwarkach, chatbotach, asystentach AI oraz aplikacjach wykorzystujących architekturę RAG (Retrieval Augmented Generation). Potrafią analizować teksty o długości nawet 8192 tokenów.

Są to specjalistyczne modele językowe, których celem jest wsparcie wyszukiwania informacji. Trzeba być świadomym, że nie są one porównywalne z modelami typu ChatGPT, Claude czy chińskie Qwen i DeepSeek, ponieważ nie są to modele generatywne – mówi agencji Newseria dr inż. Marek Kozłowski, kierownik AI Lab w OPI-PIB. – Modele wyszukiwania informacji są bardzo ważne. To przede wszystkim wsparcie rewolucji agentowej, która obecnie następuje i która będzie oparta na wykorzystaniu własnych zbiorów danych. Żeby duże modele językowe przetwarzały właściwe dane, należy je wyszukać, i po to właśnie są modele PolDense – aby skutecznie wyszukiwać informacje w naszych lokalnych zbiorach danych i potem przekazywać je do dużych modeli językowych.

Jak wskazują twórcy PolDense, coraz więcej rozwiązań wykorzystujących duże modele językowe opiera się na podejściu RAG, które pozwala generować odpowiedzi nie tylko na podstawie wiedzy zapisanej w modelu, lecz przede wszystkim na podstawie aktualnych i wyszukanych w czasie rzeczywistym dokumentów typowych dla danej branży. Skuteczność takich systemów zależy w dużym stopniu od jakości mechanizmu wyszukiwania informacji. Jednym z podejść pozwalających zwiększyć skuteczność wyszukiwania są tzw. dense retrievery, czyli modele oparte na głębokich sieciach neuronowych. Potrafią one przekształcać pytania i dokumenty w kompaktowe reprezentacje wektorowe, umożliwiające precyzyjne wyszukiwanie treści na podstawie znaczenia, a nie wyłącznie dopasowania słów kluczowych. Właśnie nad tego typu technologiami wyszukiwania informacji pracuje obecnie AI Lab OPI.

– Już teraz widać, jak duże jest zapotrzebowanie na rozwiązania typu RAG. Wierzymy w to, że wraz z rewolucją agentową, która nadejdzie w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat, a na Zachodzie już nadchodzi, potrzeba wyszukiwania jak najbardziej wartościowej informacji lokalnej i przekazywanie jej do kolejnych agentów będzie elementem kluczowym dla sukcesu wdrożeń w przemyśle i organach publicznych. Zapotrzebowanie to widać już choćby po liczbie pobrań tych modeli na Hugging Face – mówi dr inż. Marek Kozłowski.

Modele PolDense zostały udostępnione przez OPI-PIB jako open source na platformie Hugging Face. Mogą być wykorzystywane przez naukowców, administrację publiczną i przedsiębiorców do tworzenia własnych mechanizmów wyszukiwania, systemów RAG oraz narzędzi do pracy z bazami dokumentów.

Często wdrożenia, które dotąd polegały na wyszukaniu informacji, opierały się na modelach chińskich lub amerykańskich. Teraz możemy wziąć model polski, który jest lepszy, skuteczniejszy od modeli zagranicznych i do tego jest dziesięciokrotnie mniejszy. Dzięki temu, że ta rodzina modeli jest tak szeroka, to niektóre z nich możemy uruchomić nawet na infrastrukturze bez GPU, czyli najtańszej, na zwykłych procesorach obliczeniowych. Możemy dobrać model w zależności od tego, jakie mamy potrzeby, i infrastrukturę lokalną – podkreśla kierownik AI Lab w OPI-PIB.

Największy z modeli, PolDense 1B, uzyskał 64,11 pkt w benchmarku Polish Information Retrieval Benchmark (PIRB), zajmując pierwsze miejsce w rankingu. Wyprzedził m.in. modele wielojęzyczne mające kilka razy więcej parametrów.

– Modele PolDense są porównywalne lub lepsze od modeli wielojęzycznych koncernów zagranicznych, które są 10 razy większe. To jest bardzo ważna informacja, dlatego że jeśli mamy model dziesięciokrotnie mniejszy od modeli międzynarodowych, to jest dziesięciokrotnie tańszy w utrzymaniu, zajmuje mniej pamięci i jest szybszy na naszej infrastrukturze. Daje nam więc dwojakie zyski: wyższą lub porównywalną skuteczność i do tego jeszcze wielokrotnie niższe koszty utrzymania, dodatkowo niezależność technologiczną i suwerenność, która jest kwestią najtrudniej wycenialną – mówi dr inż. Marek Kozłowski. 

Polska pozostaje wyraźnie poniżej unijnej średniej pod względem wykorzystania sztucznej inteligencji przez przedsiębiorstwa. Według Eurostatu w 2025 roku AI wykorzystywało 8,4 proc. polskich firm, wobec 20 proc. w całej Unii Europejskiej. Ubiegłoroczne badanie PwC „Polskie firmy nie wykorzystują w pełni potencjału AI” pokazuje rosnące zainteresowanie agentami AI wśród dużych przedsiębiorstw. Wśród badanych 187 firm zatrudniających co najmniej 250 pracowników, z 17 branż, 44 proc. korzystało z agentów AI, a kolejne 14 proc. planowało ich wdrożenie. 

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-rozwija-wlasne,p1799170744

T. Bocheński (PiS): Europa przegrywa wyścig o najbardziej zaawansowaną AI. Przoduje tylko w regulacjach

Europa rozwija infrastrukturę, moce obliczeniowe i własne zdolności w zakresie sztucznej inteligencji, ale nadal pozostaje w tyle za USA i Chinami w najbardziej zaawansowanych technologiach. Zdaniem europosła Tobiasza Bocheńskiego UE bryluje w regulacjach, które nie są wystarczające do podniesienia konkurencyjności Europy w tym obszarze i zapewnienia cyberbezpieczeństwa w obliczu nowych zagrożeń wykorzystujących AI.

Wszystkie najnowsze modele AI są rozwijane głównie w Stanach Zjednoczonych, a w drugiej kolejności w dalekiej Azji, głównie w Chinach. W pierwszej dziesiątce największych potentatów w tej branży jest tylko jedna europejska firma i to francuska. Unia Europejska jest bezbronna handlowo i w wymiarze najnowocześniejszych technologii. Żadne akty prawne uchwalane przez Komisję Europejską nic w tym nie pomogą, ponieważ jest wyłącznie biorcą, a nie jest dostawcą technologii – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Tobiasz Bocheński, poseł do Parlamentu Europejskiego z PiS, członek EKR.

W tegorocznym rankingu najbardziej obiecujących firm rozwijających i wykorzystujących sztuczną inteligencję „Forbes AI 50” znajduje się pięć europejskich: francuski Mistral AI, dwie firmy ze Szwecji – Lovable i Legora, niemiecki Black Forest Labs oraz brytyjska Synthesia. Najwięcej finansowania pozyskał Mistral AI – ponad 3,1 mld dol.

– Komisja Europejska lansuje takie przekonanie, że wprowadzając nowe dyrektywy i rozporządzenia, będzie w stanie wymuszać za pomocą decyzji administracyjnych na dużych firmach zagranicznych ochronę pewnych dóbr, które uważa za kluczowe. Tylko że należy w tej sprawie zwrócić uwagę na jedną rzecz: żaden z tych wielkich dostawców nie jest z europejskim kapitałem – podkreśla europoseł. – To jest zawsze działanie w dwie strony, bo może się skończyć tak, że Europejczycy w ogóle będą mieli ograniczony dostęp do usług cyfrowych najwyższej jakości, do których mają dostęp Amerykanie i Chińczycy. Zatem problem polega na tym, że Unia Europejska wydała dziesiątki, jeśli nie setki miliardów euro na cele, które były marnotrawstwem, kiedy trzeba było rozwijać innowacyjność i nowoczesne technologie, i teraz mamy poważny problem, bo w kontekście najnowocześniejszych technologii stajemy się skansenem.

W kwietniu 2025 roku Unia Europejska ogłosiła skoordynowany plan dotyczący sztucznej inteligencji – AI Continent Action Plan, który wyznacza pięć filarów, czyli inwestycje w infrastrukturę, wykorzystanie danych, wdrożenia sektorowe, rozwój kompetencji i uproszczenie regulacji. Celem planu jest jak najskuteczniejsze wykorzystanie możliwości, jakie daje sztuczna inteligencja. W tym roku Komisja Europejska przedstawiła kolejne inicjatywy rozwijające założenia tego planu. To m.in. plan działania w zakresie cyberbezpieczeństwa i sztucznej inteligencji. KE chce stworzyć bardziej uporządkowany system reagowania na zagrożenia związane z wykorzystaniem zaawansowanych modeli AI w cyberatakach. Plan zakłada m.in. utworzenie europejskich zdolności do oceny modeli AI pod kątem cyberbezpieczeństwa, opracowanie z ENISA zasad dostępu do zaawansowanych modeli dla podmiotów zajmujących się cyberbezpieczeństwem oraz stworzenie bezpiecznej platformy do testowania AI w symulowanych środowiskach.

Z kolei w czerwcu opublikowano europejski pakiet na rzecz suwerenności technologicznej, na który składają się m.in. dwa projekty legislacyjne: akt w sprawie czipów 2.0 oraz akt w sprawie rozwoju chmury obliczeniowej i sztucznej inteligencji. Komisja chce w ten sposób zmniejszyć zależność Europy od dostawców spoza UE, ale też wspierać rozwój centrów danych, infrastruktury obliczeniowej oraz wdrażanie AI w Europie. KE zapowiada też dalszy rozwój gigafabryk AI oraz stworzenie europejskiej zdolności kapitałowej do finansowania inwestycji w suwerenność technologiczną.

Nie widzę szansy na to, że dogonimy świat. Jestem tu absolutnym pesymistą, ten pociąg już odjechał. Jeżeli chodzi o firmy, które brylują w produkcji komputerów kwantowych, o najbardziej zaawansowanych modelach AI, cenach energii, która jest niezbędnym ogniwem, żeby tworzyć nowoczesne centra danych, wielkie korporacje i robotykę, Unia Europejska jest daleko za Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Jesteśmy w tym momencie podwykonawcami – uważa europoseł EKR.

Chiny są liderem na świecie pod względem liczby publikacji, cytowań i przyznanych patentów, a Stany Zjednoczone zachowują patenty o większym wpływie. W ubiegłym roku USA opracowały 59 znaczących modeli w porównaniu do 35 w Chinach – wynika z „The 2026 AI Index Report” przygotowanego przez Stanford Institute for Human-Centered Artificial Intelligence.

– Mam nadzieję, że nowa strategia unijna nie zostanie przyjęta. Unia Europejska powinna się zająć deregulacją. Jesteśmy wyśmiewani na całym świecie z powodu AI Act i innych aktów prawnych. Dochodzą też rozważania, żeby stworzyć podatek cyfrowy – nie ten, o którym się mówi, dotyczący korporacji takich jak Facebook, tylko ten, którym miałyby być obłożone firmy zajmujące się AI, żeby odprowadzać zyski z niego do właścicieli własności intelektualnej. W żadnym kraju, który rozwija AI, nie ma niczego takiego – podkreśla Tobiasz Bocheński.

W raporcie przygotowanym przez unijny AI Office „Enhancing competitiveness, sovereignty and security of the European Union in frontier AI” eksperci sugerują, że Unia powinna dążyć do tego, aby jej udział w globalnych mocach obliczeniowych był proporcjonalny do jej 15-proc. udziału w globalnym PKB, w porównaniu z obecnie szacowanym udziałem na poziomie 5 proc.

– Nasz problem polega na tym, że jest za dużo regulacji, hamulców, różnego rodzaju mechanizmów prawnych, które sprawiają, że najzdolniejsi ludzie, najbardziej kreatywne think tanki, najbardziej pomysłowe start-upy uciekają z Europy. To jest zjawisko opisane w raporcie Draghiego, który ukazał się pod koniec 2024 roku. Rozmawiamy w 2026 roku i nic się nie zmieniło. To tempo nie odpowiada zmianom, które zachodzą w dzisiejszej rzeczywistości. Jeżeli popatrzymy na plany konsorcjum Elona Muska dotyczące robotyki, autonomicznych pojazdów osobowych, ciężarowych, transportu zbiorowego, próby budowy data center na orbicie i przesyłania stamtąd danych, to to, o czym my dyskutujemy w Europie, jest po prostu śmieszne – uważa europoseł. – Przepaść będzie się powiększała. My się zatrzymaliśmy, a oni rosną.

Według ekspertów cytowanych w raporcie unijnego AI Office najbardziej zaawansowane modele AI rozwinęły się w bezprecedensowym tempie. W ciągu trzech lat przeszły od problemów z podstawowymi zadaniami do poziomu zbliżającego się do granic możliwości obecnych testów. Jednocześnie pozycja Europy w rozwoju tej technologii pozostaje stosunkowo słaba w porównaniu z jej potencjałem gospodarczym.

W raporcie „Enhancing competitiveness, sovereignty and security of the European Union in frontier AI” wskazano, że rozwój najbardziej zaawansowanych modeli AI jest napędzany przede wszystkim przez prywatne inwestycje. Zdaniem ekspertów zwiększenie możliwości Europy w tym obszarze wymaga przede wszystkim usunięcia barier utrudniających inwestycje i dostęp do konkurencyjnych warunków rynkowych. Za najpilniejsze priorytety na najbliższe dwa lata uznano infrastrukturę obliczeniową oraz energię potrzebną do jej zasilania.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/t-bocheski-pis,p448912044

Polska w tyle w wyścigu o suwerenność cyfrową. To może zagrozić bezpieczeństwu państwa

Suwerenność cyfrowa to nie tylko kwestia budowania silnego sektora technologicznego, ale głównie bezpieczeństwa państwa. Raport „Cyfrowa racja stanu” Polskiej Sieci Ekonomii przygotowany z inicjatywy Polskiej Chmury – Związku Pracodawców wskazuje, że Polska nie poświęca temu tematowi tyle uwagi, ile potrzeba. Skala zależności od dostawców z krajów trzecich rośnie wraz z cyfryzacją gospodarki i administracji. Deficyt handlowy w obszarze produktów cyfrowych przekroczył w 2025 roku 60 mld zł.

– Jesteśmy w tej chwili w punkcie zwrotnym. Naszą suwerenność cyfrową możemy obronić, ale też bardzo łatwo stracić. To jest zagrożenie, które Związek Polska Chmura dostrzegł dawno temu. Temat był przez nas wielokrotnie podnoszony na forum publicznym. Teraz jest w końcu omawiany i bardzo intensywnie nad nim pracują m.in. Francja i Niemcy – mówi agencji Newseria Wiesław Wilk, przewodniczący Związku Polska Chmura.

W kwietniu 2026 roku francuska Międzyresortowa Dyrekcja ds. Cyfryzacji ogłosiła rozpoczęcie największej w historii Europy migracji administracji publicznej z systemu operacyjnego Windows na Linux. Celem jest ograniczenie zależności państwa od amerykańskich technologii i wzmocnienie suwerenności cyfrowej. Migracja ma objąć 2,5 mln stanowisk w administracji, z czego 500 tys. do końca 2027 roku.

W 2025 roku duńskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zapowiedziało migrację z Microsoft 365 na LibreOffice. W tym samym czasie decyzje o odejściu od ekosystemu Microsoftu ogłosiły Kopenhaga i Aarhus. W debacie publicznej wskazywano m.in. na rosnące ryzyka geopolityczne i kwestie bezpieczeństwa danych w kontekście m.in. kwestii Grenlandii i obaw o potencjalne szpiegostwo.

Podobne inicjatywy widać także na forum Unii Europejskiej. W kwietniu 2026 roku Komisja Europejska rozstrzygnęła przetarg o wartości 180 mln euro na dostawę suwerennej chmury obliczeniowej dla instytucji, organów, urzędów i agencji UE. W przetargu wybrano czterech europejskich dostawców. Został on ogłoszony w ramach działań Komisji mających na celu wzmocnienie suwerenności cyfrowej podmiotów unijnych, a także zachęcenie rynku do oferowania suwerennych rozwiązań cyfrowych. Z danych Synergy Research Group wynika, że amerykańskie firmy kontrolują dziś ok. 70 proc. europejskiej infrastruktury chmurowej, a europejscy dostawcy – ok. 15 proc.

– Kwestia suwerenności cyfrowej jest tematem podobnym do bezpieczeństwa cyfrowego, ale nie tożsamym czy zamiennym. Bezpieczeństwo cyfrowe to jest bezpieczeństwo systemów, które można zostawić fachowcom, informatykom, administratorom systemów, żeby ktoś nieuprawniony nie dostał się do danych – wyjaśnia Wiesław Wilk. – Suwerenność cyfrowa to jest temat znacznie szerszy, który dotyczy nawet bezpieczeństwa państwa.

Zgodnie z definicją przedstawioną w raporcie Polskiej Chmury i PSE suwerenność cyfrowa to zdolność państwa i jego instytucji do egzekwowania swoich praw oraz interesów, w tym bezpieczeństwa narodowego, w kontekście infrastruktury cyfrowej przy jednoczesnym zachowaniu konkurencyjnego poziomu produktów i usług.

– Przy tym stopniu ucyfrowienia usług publicznych i naszego zaangażowania w całą infosferę kontrola nad tym, gdzie są dane, kto ma dostęp do systemów, kto może zablokować ich działanie, jest tematem priorytetowym w Unii Europejskiej. W Polsce na razie ten temat nie jest podnoszony z taką atencją, na jaką zasługuje – uważa przewodniczący Związku Polska Chmura. – Państwo nie może ignorować faktu, że oddaje kontrolę nad systemami, a nie ma pewności, kto je kontroluje. Tak w rzeczywistości w tej chwili jest, a my, którzy zależymy od usług państwa, będziemy ofiarami tego, gdy ktoś to wyłączy.

Jednym z przykładów przywoływanych w raporcie Polskiej Chmury dotyczy działania Międzynarodowego Trybunału Karnego w Hadze. W maju 2025 roku, po tym, gdy administracja Donalda Trumpa objęła sankcjami głównego prokuratora MTK Karima Khana, utracił on dostęp do swojej służbowej poczty elektronicznej hostowanej przez Microsoft. Trybunał zdecydował się ostatecznie na przejście z amerykańskiego systemu na alternatywny zestaw usług opartych na wolnym lub otwartym oprogramowaniu.

– Mamy też głośno omawianą sprawę z Holandii udostępnienia danych urzędników odpowiedzialnych za kontrolę danych organom, które o nie wystąpiły. Nie nastąpiło żadne przestępstwo, przynajmniej w myśl tamtejszej jurysdykcji, ale dla urzędników państwa holenderskiego budzi to pytanie, czy oni mogą w tej sytuacji czuć się chronieni przez suwerenne państwo. Nie do końca – uważa Wiesław Wilk. – Apelujemy o to, żeby takie przykłady uświadomiły naszym decydentom odpowiedzialność, którą na siebie biorą.

Jak podkreślają autorzy raportu, przekazywanie kluczowych usług cyfrowych podmiotom funkcjonującym poza polską i europejską jurysdykcją wiąże się z szeregiem zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa. Zagrożenie wynika z możliwości sprawowania kontroli nad danymi i usługami przez podmiot podlegający jurysdykcji państwa trzeciego, niezależnie od fizycznej lokalizacji infrastruktury. Według ekspertów Polska nie posiada wystarczających regulacji, które gwarantowałyby bezpieczeństwo kluczowej infrastruktury cyfrowej państwa. Zwracają uwagę m.in. na brak ustawy chmurowej, niewiążący charakter obowiązujących wytycznych czy też luki w systemie certyfikacji.

– To już nawet nie jest kwestia technologii, tylko przepisów, które egzekwują władze. Zresztą utrata integralności to jest dostęp osób, których nie upoważniliśmy do danych. Już sam fakt, że ktoś, kto nie miał naszego upoważnienia, miał dostęp do danych, jest traktowany jako utrata ich integralności. Nawet jeśli dane nie zostały zmienione – wyjaśnia przewodniczący Związku Polska Chmura. – To jest właśnie ta cienka granica, gdzie cały ten stos technologiczny musi być kontrolowany, ponieważ nad tym elementem ministerstwo nie ma nadzoru. Dostawca na pewno może z tych danych skorzystać. Nie twierdzę, że ma złe intencje, natomiast przezorne podejście polega na tym, że zapobiegamy nieuprawnionemu dostępowi.

Według specjalnego badania Eurobarometr z 2026 roku 82 proc. obywateli Unii Europejskiej uważa, że Unia powinna zmniejszyć swoją zależność od technologii z państw trzecich. Jeszcze więcej wskazuje, że UE powinna priorytetowo traktować inwestycje w usługi cyfrowe, które są opracowywane i kontrolowane w Europie. Blisko sześciu na 10 Europejczyków podkreśla, że byłoby skłonnych przejść na dostawcę usług cyfrowych z siedzibą w UE, nawet jeśli oznaczałoby to nieco wyższe koszty.

W opinii ekspertów Związku Polska Chmura i PSE Polska potrzebuje ambitnej polityki suwerenności cyfrowej jako koła zamachowego nowego modelu rozwoju gospodarczego, budującego local content, czyli krajowe kompetencje, miejsca pracy i przewagi konkurencyjne w gospodarce cyfrowej. Wśród proponowanych rozwiązań jest wprowadzenie testu suwerenności jako standardu w zamówieniach publicznych. Test powinien obejmować takie kryteria jak: ocena operacyjna wpływu infrastruktury na funkcje państwa, interoperacyjność, podległość jurysdykcyjna, wpływ na ekonomię i demokrację czy warunki środowiskowe. Wśród rekomendacji znajduje się m.in. edukacja cyfrowa dzieci i dorosłych. Według raportu państwo musi przeznaczyć środki na systemowe szkolenia pracowników administracji publicznej zarówno przed wdrożeniem nowych rozwiązań, jak i w trakcie procesu migracji.

– Suwerenność cyfrowa nie jest tematem wewnętrznym działu informatyki w instytucji. Jest zagadnieniem, którym powinno się zająć w pierwszej kolejności jej kierownictwo. Ono ponosi odpowiedzialność za wszystkie uchybienia. Ustawa o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, która weszła w życie parę miesięcy temu, wyraźnie to wskazuje, ale tej świadomości na razie nie ma – uważa Wiesław Wilk.

Zamówienia publiczne i ustawa o krajowym systemie certyfikacji cyberbezpieczeństwa powinny być głównymi narzędziami budowania bezpieczeństwa, tworząc realne zachęty do wyboru suwerennych rozwiązań i eliminując z postepowań dostawców, którzy nie spełniają kryteriów jurysdykcyjnych.

Zdaniem autorów raportu, jeśli Polska nie podejmie działań na rzecz zwiększania suwerenności cyfrowej, a tym samym budowania odporności i sprawczości państwa, może to doprowadzić do pogłębiania katastrofalnej w skutkach zależności technologicznej od globalnych dostawców, a tym samym zwiększenia zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa. Koszty ekonomiczne tej zależności także będą rosły. W publikacji wskazano, że w 2025 roku deficyt handlowy Polski w obszarze produktów cyfrowych przekroczył 60 mld zł. Eksperci szacują, że do 2030 roku wydatki na import produktów cyfrowych mogą przewyższyć łączne koszty importu wszystkich surowców energetycznych.

– To jest poważna kwota, która wypływa z budżetu Polski i w ogromnej większości nie trafia na polski rynek. Wymieniamy atomy za bity, czyli sprzedajemy konkretne produkty, które ktoś musiał wytworzyć, zużyć energię, materiały, surowce, zostawić ślad w środowisku, za bity, czyli za rzeczy niematerialne – podkreśla przewodniczący Związku Polska Chmura.

W 2024 roku łączne roczne nakłady na wytworzenie i utrzymanie systemów teleinformatycznych w administracji publicznej przekroczyły 7 mld zł. Ministerstwo Cyfryzacji nie podało jednak danych na temat tego, czy i jaką część stanowi zakup usług chmurowych i licencji na oprogramowanie.

– Mając takie systemy, nie jesteśmy w stanie powiedzieć, ile wydaliśmy na licencje podstawowe, utrzymywanie systemów oraz infrastruktury, zakup, serwisowanie. To są informacje, które jako podatnicy powinniśmy znać. W tej chwili cierpimy z powodu pewnej resortowości. Każdy resort te dane ma w swoim bilansie. My za to płacimy i wiemy na pewno, że te pieniądze opuszczają nasz kraj, ale nie wiemy już, jaka to jest skala i dynamika zmian przepływów. Nikt tego nie mierzy i jest to trochę przerażająca perspektywa – zaznacza Wiesław Wilk.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polska-w-tyle-w-wyscigu-o,p1656414383

Unia Europejska o krok bliżej od cyfrowego euro. EBC na przyszły rok przygotowuje pilotaż

Parlament Europejski jest gotowy rozpocząć negocjacje z Radą UE w sprawie wprowadzenia cyfrowego euro. Jednocześnie Europejski Bank Centralny (EBC) przygotowuje się do pilotażu, który ma ruszyć w drugiej połowie przyszłego roku. Bank szacuje, że jeśli przepisy w tej sprawie udałoby się przyjąć w tym roku, pierwsza emisja cyfrowej waluty mogłaby nastąpić w 2029 roku.

Parlament Europejski w lipcu br. zgodził się na rozpoczęcie negocjacji z Radą UE w sprawie przepisów dotyczących cyfrowego euro. Negocjacje będą prowadzone z Radą UE, której pracom w drugiej połowie 2026 roku przewodniczy Irlandia.

Cyfrowe euro to unijny projekt, którego celem jest wprowadzenie cyfrowej formy pieniądza. Ma to być cyfrowa waluta emitowana przez EBC i dostępna dla wszystkich w strefie euro.

– Europa potrzebuje cyfrowego euro, ponieważ musimy zaradzić niedopuszczalnemu poziomowi zależności w obszarze płatności cyfrowych. Jesteśmy w 100 proc. zależni od dostawców spoza Unii Europejskiej oraz od decyzji podejmowanych poza nią – podkreśla Fernando Navarrete, hiszpański poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partido Popular oraz EPL, sprawozdawca, który będzie przewodniczył zespołowi negocjacyjnemu PE.

Cyfrowe euro ma być łatwe w użyciu i przystępne ze względu na podobieństwo do innych rozwiązań w zakresie płatności cyfrowych. Obywatele mają mieć dostęp do niego za pośrednictwem specjalnego rachunku w cyfrowym euro lub e-portfela, udostępnianych przez ich bank lub innego pośrednika. Utworzenie podstawowego portfela cyfrowego euro i korzystanie z niego będzie bezpłatne. Planuje się wprowadzenie limitu kwot cyfrowego euro, jakie osoby fizyczne mogą posiadać w danym momencie w swoim portfelu. Dzięki temu ma być wykorzystywane głównie jako środek płatniczy.

– Dane osobowe i prywatność stanowią najwyższy priorytet przy projektowaniu cyfrowego euro, dlatego przewidzieliśmy dwie różne funkcjonalności. Mamy wersję online, która bardziej przypomina to, co już znamy, na przykład systemy kartowe lub płatności natychmiastowe. Poziom prywatności jest nawet wyższy niż ten, który obowiązuje w przypadku porównywalnych cyfrowych środków płatniczych – tłumaczy hiszpański europoseł. – W przepisach przewidzieliśmy również możliwość stworzenia tzw. funkcjonalności offline, której poziom prywatności jest równoważny z poziomem zapewnianym przez gotówkę. Nie ma więc pośrednika, połączenia, rejestru. Cała transakcja odbywa się bezpośrednio między urządzeniami płatnika a odbiorcy. Nikt więc nie ma o tym wiedzy, ponieważ nie ma nikogo pośredniczącego.

Pośrednicy tacy jak np. banki mieliby dostęp do danych osobowych jedynie w zakresie wymaganym prawem unijnym, w tym m.in. przepisami o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy i finansowaniu terroryzmu. Wykorzystywanie danych do celów komercyjnych wym